[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Nieboszczyka kniazia córka, Włodzimierza, właśnie dla waszego króla para mówił Dobryń. Daj Boże w dobry czas powiedzieć dobre słowo! Spojrzeli po sobie polscy ziemianie. Jak na imię kniaziównie? spytał Trepka. I imię piękne, i dziewka śliczna mówił Dobryń. Dobrogniewą ją nazwano, bo choć się zagniewa, dobrą jest. Znieg nie może być bielszy od jej twarzy ani malinowy sok różowszy od jej rumieńca. Gdy złote puści kosy, to się po ziemi wloką, gdy niebieskimi spojrzy oczyma, ludzie o smutkach zapominają, gdy się uśmiechnie, pogoda na niebie wstaje. Gdy z teremu wychodzi krasawica, ptacy się do niej zlatują z nieba, a gołębie siadają jej na ramionach, gdy pieśń zanuci, lwy się u nóg jej kładną, a złotem i jedwabiem gdy ręcznik wyszyje, tylko go na ołtarz dać można. Dajcież nam ją, dajcie na królowę! zawołała Spytkowa. I śmiejąc się, w kubki potrącano, a starsi panowie, milcząc, głowami potrząsali. Długo w noc gwarzono i biesiadowano. W kilka dni pózniej, z wieczora, od króla wyszedłszy, graf Hebert i starszyzna do obozu pospieszali milczący. W namiotach zbierało się rycerstwo. Rozeszła się wieść błyskawicą po dolinie, że nazajutrz wojska wyruszyć miały ku Wiśle, nie czekając Masława, a same go chcąc uprzedzić. Taka była wola królewska. Na dzień naznaczony i posiłki od Kijowa z drugiej strony na łodziach nadciągnąć miały. Zaledwie słowo to wyrzeczono, co żyło na Ho- rodyszczu, w namiotach, na dolinie, poruszyło się i drgnęło. Wszystkim czekanie długim było i tęsknym, a walka pożądaną. Nie cieszyli się tylko nią ci, co do niej należeć nie mieli. Na Horodyszczu załogę, choć niewielką, zostawić było potrzeba, aby go nie ogołocić zupełnie. Niektórzy ciężko ranni ruszyć się też nie mogli. Belina na swych śmieciskach stać musiał. Spytek, kaleka, nie zdałby się do walki. Wszeborowi szyja zaledwie się zablizniać zaczęła, a gorąca krew zostać się mu nie dawała. Chciał iść i chciałby był zostać, bo Tomkowi, ojcu w pomoc dodanemu, na Horodyszczu przy pięknym dziewczęciu kazano siedzieć. Tomko mógł korzystać z czasu i ubiec go u ojca. Co miał począć, nie wiedział Doliwa, powstawszy z ławy, ręce łamał i z głową spuszczoną chodził długo, nim mu na myśl przyszło, matki się poradzić. Ku wyżkom się więc skierował, jednej z dziewcząt służebnych uprosiwszy, by wywołała Spytkowa. Trochę przelękła wybiegła zaraz Marta. Ciemno już na wyżkach było, poznała jednak po głosie Wszebora. Co wam jest zawołała i co najlepszego czynicie?! O tej porze na rozmowę zwać, nuż kto podpatrzy, co pomyślą ludzie?! Wszebor do kolan jej się chylił i ręce całował. Dobra pani rzekł radzcie mi jak matka, radzcie jak królowa. Jutro na wojnę idziemy. Mamli iść, a was tu zostawić z Tomkiem, aby Kasię zaswatał? Gdy ją stracę, świat i życie mi niemiłe. Cóż począć? Chcecie iść? spytała Marta. Dla króla muszę, muszę dla siebie sam; rana tak jak zgojona, zostać mi się nie godzi. Pomyślała nieco Marta i w ręce z lekka uderzyła. Macie łaski u pana? rzekła. Czemu jego w swaty nie poprosicie? Spytek go się lęka, bo ma coś na sumieniu przeciw niemu. Gdy go król poprosi, nie odmówi. Słysząc to, Wszebor do nóg upadł Spytkowej, a nim na nowo mówić zaczęła, pędem z wyżek się stoczył. Ze starym Grzegorzem dawną miał i dobrą znajomość; znał go sługa pański jako wiernego królowi. Ku niemu wprost popędził Doliwa; chwili nie było do stracenia. Grzegorz zbroje do podróży opatrywał i czyścił, a że pora pózna była, zdziwił się odwiedzinom. Do Pana Miłościwego mi potrzeba odezwał się, przypadając doń, Wszebor. Ciemna noc! Jutro rano w pochód idziemy, nie pora! rzekł, głową potrząsając, stary. Ja go dziś jeszcze widzieć muszę! odezwał się Doliwa. Zlitujcie się wy nade mną! Nie wezmę czasu długo, byłem mu do nóg mógł paść i dwa słowa rzec. Nic nie mówiąc, ręką dał znać Grzegorz, aby czekał, a sam wszedł do izby. Nie trwało długo, drzwi się otworzyły i Wszeborowi dał znak stróż wierny do wnijścia. Król sam jeden był, stał u ogniska dogasającego, od którego się ku przychodzącemu odwrócił. Doliwa, który ani zmilczeć, ni ścierpieć, ni wyczekać nie umiał, przystąpiwszy do króla, padł u nóg jego i, ranę obnażając przed nim, zawołał, ręce złożywszy: Miłościwy Panie! Walczyłem za Ciebie i walczyć będę do śmierci, bądz mi Ty dobroczyńcą, o łaskę Twą proszę! Król mu dał znak, ażeby podniósł się z ziemi. Czego chcesz ode mnie? spytał łagodnie. Mów! Wszebor, powstawszy, ręce łamał, ze zbytniego wzruszenia mówić nie mogąc. Wstyd mi w tej chwili rzekł wreście o taką prosić łaskę Ciebie, Miłościwy Panie, który o czym innym myśleć musisz; przebacz młodości mojej! schylił się znowu. Mów, czego chcesz? powtórzył Kazmirz. A dodał Doliwa półgłosem swatem mi musisz być, Miłościwy Panie! Kazmirz się cofnął zarumieniony. Widać było, że wcale czego innego się spodziewał. Nam nie o weselu myśleć! rzekł smutnie. I nierychło będzie gdzie je wyprawiać. Ja też teraz wesela nie żądam, tylko słowa ojca i matki mówił Wszebor, całując natarczywie rękę króla. Spytkowa córkę chcę mieć! Miłościwy Panie, rozmiłowałem się na śmierć w tej dziewczynie. Król słuchał z oczyma spuszczonymi i niemal kobiecym wstydem. Dwu nas jest braci mówił gorąco Wszebor. Rodziców nie mamy, tyś naszym opiekunem i ojcem! Spytek stary czuje, że przeciw Waszej Miłości zawinił dawniej, rad by uzyskać przebaczenie; gdy mu słowo rzec raczycie, da mi córkę. I znowu do kolan się schylił, a król łagodnie go od siebie odsunął, nie mówiąc nic. Gdy wróciemy z wojny, chętnie odezwał się wreście. Teraz nie pora o tym myśleć! A potem nie pora będzie już, bo kto inny ją zaswata przerwał Wszebor. Królu Panie, dziś lub jutro, albo nigdy! Zafrasowany stał Kazmirz jeszcze, gdy Trepka stary, który na jutro potrzebował rozkazów do ciągnienia, wszedł do izby. Król go ku sobie powołał, jakby mu ciężar spadł z piersi. Stary mój przyjacielu rzekł do Trepki wy mnie w tym zastąpicie i w moim imieniu wstawicie się za dobrym sługą, któremu bym rad zawdzięczyć serce jego dla mnie. Nie rozumiał jeszcze Trepka, o co szło, i patrzał zdumiony, gdy mu Wszebor prędkimi słowy wytłumaczył prośbę swoją. Starzec się namarszczył trochę. E, wy młodzi! zawołał. Prawda, bijecie się dobrze, ale płocho u was w głowie. Gdy kraj ratować trzeba, wam dziewczęta na myśli. Ano mi ją wezmie inny! wtrącił Wszebor. A ja bez niej żyć nie mogę. Ruszył ramionami stary. Któż ci ma wziąć ten skarb? zapytał. Tomko Belina koło niej biega. On tu zostanie z nią i rodzicami, a mnie nie będzie! Tomko? Idzie z nami! odparł Trepka. Widzicie, że dla dziewczęcia królewskiej i naszej sprawy nie rzuca. Zawstydził się nieco Wszebor. Wszelako proszę dodał choćby z nami szedł, wolę mieć słowo rodziców; ochoczo potem na wojnę pociągnę. Kazmirz stał, nie odzywając się, Trepka nań popatrzył. [ Pobierz całość w formacie PDF ] |